Do czego mnie zaprowadziła lektura pewnej książki o podróży…

Czytam dużo, namiętnie, czasem po kilka zdań tylko, czasem dużo więcej. Czas spędzony z daną książką czy artykułem uważam za cenny, jeżeli choć jeden fragment lektury skłania mnie do refleksji, wzbogaca, zostaje ze mną na dłużej. Gdy trafiam na taką perełkę, czas się zatrzymuje, a mnie wypełnia zachwyt. Jest taki fragment w książce Dominika Fórmanowicza, pt. „Mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam”.

Książkę tę przeczytałam kilka lat temu. Od narratora różni mnie chyba wszystko: płeć, wiek, stan cywilny, sytuacja życiowa. A jednak lektura pochłonęła mnie i bardzo uprzyjemniała mi czas. Jest to powieść drogi: narrator opisuje wędrówkę 28 – letniego mężczyzny do Santiago de Compostela. Widzimy świat oczami wędrowca, który poznaje wielu ludzi, podziwia wspaniałe widoki, zakochuje się, ale przede wszystkim odbywa wędrówkę po swoim wnętrzu i konfrontuje się z przeszłością. Nie brakuje w tej opowieści ciekawych spostrzeżeń, rozważań, refleksji i jest w niej wiele zdań, które mogą czytelnikowi (lub czytelniczce) dać do myślenia, może o czymś przypomnieć. Lekki, ale niebanalny i nie płytki język czyni tę lekturę naprawdę całkiem udaną.
Miałam za sobą większość lektury tej książki, gdy dotarłam do TEGO fragmentu. Przeczytałam go kilka razy i wiedziałam, że zostanie ze mną nie tyle na dłużej, co na zawsze. Może w postaci odległej parafrazy, ale jednak.
Oto on: „To już ostatnie takie poranki, myślał. Twoje ukochane, sierpniowe. Jeszcze dwa, może trzy, potem dojdziesz na miejsce i poranki przestaną być procesem, zmianą, rozkwitem. Wrócą do roli statycznego tła wstających dni.” (Dominik Fórmanowicz, Mężczyzna w chwili , gdy zostaje sam, str. 449).
Te słowa najpierw przypomniały mi, dlaczego podróże są takie ekscytujące. Dlaczego zmiana miejsca pobytu jest szansą na zmianę perspektywy i wzbogacenie naszego życia. Potem uświadomiłam sobie, że przecież całe (każde) życie to podróż i po prostu zapominamy o tym. Niekiedy umysł płata figla i nazywa takie stwierdzenie banałem. A przecież to prawda. Czasem w szarej codzienności zdarza się coś, co sprawia, że sobie o tym przypominamy. Paradoksalnie wówczas czas się dla nas na chwilę zatrzymuje i patrzymy na nasze życie z szerszej perspektywy – może tak się stać pod wpływem zakochania, ale też straty kogoś bliskiego i innych wydarzeń.
Najważniejsze, co do mnie przyszło i zostało mi po przeczytaniu tych kilku zdań, to świadomość, że mogę intencjonalnie sprawiać, że moje poranki, bez względu na okoliczności zewnętrzne, będą zmianą i rozkwitem, a nie statycznym tłem do wstającego dnia. W ostatnim czasie bardzo mi w tym pomaga inna książka, ale o tym będzie zupełnie inny wpis.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *